Felieton: Wróciłem…
26 lipca 2011
...z urlopu i zbaraniałem: toż na skrzyżowaniu przy Malczewskiego z
Wernera nadal stoją barierki! Miały zniknąć, gdy na urlop wyjeżdżałem,
czyli dwa tygodnie temu!!! Widząc je dziś, po latach świetlnych dystansu
od newsów i lokalnej polityczki rozmarzyłem się i daję upust. A więc...

Tuż po minięciu granicy na Odrze (było to dwa tygodnie temu) człek/kierowca od razu widzi to, czego nie widzi. Nie widzi reklam, stosu niepotrzebnych neonów i światełek jakże rozpraszających kierownika kierownicy. Tam nie ma pięćdziesięciu znaków drogowych na jednym metrze kwadratowym. Są za to wiatraki przy drodze, górnolotnie nazywane przeze mnie „mercedesami”. Majestatycznie i pięknie kręcą się te gwiazdy pozyskując energię z wiejącej natury. Ja naturalnie dobrze zrobiłem pozyskując energię na ostatniej stacji benzynowej przed granicą. W Niemczech średnia cena litra bezołowiówki to 1.55 euro... Może zaboleć. Mówią, że niebawem dojdzie do 2 euro!
Zanim zjedziemy z najlepszej drogi świata, czyli niemieckiej autostrady, muszę jeszcze o czymś wspomnieć. Na parkingu tam, podczas tak zwanego dymka, Polacy mówili byleby tylko nie wyrzucać peta za okno na drodze, bo Niemiec zadzwoni na policję i doniesie numer rejestracyjny. Cóż, ja tego nie czynię, więc to nie mój problem, ale Polacy tak mówili, uprzedzając i radząc jak sobie poradzić by za wiele euro nie wydać.
Zjedźmy jednak poza autobahn. Hmmmm... równe drogi – to po pierwsze. Znowu brak reklam – to po drugie - i po trzecie u nas, w Polsce rowerzyści mają autostrady. Tam rowerzyści mają również wytyczone drogi, ale o szerokości trzeciej części naszych „autostrad przychodnikowych”. Za to rowerzystów jest więcej i mówią, że bicykli będzie przybywać, bo paliwo mają coraz droższe. Najlepsze jednak jest to, że ruch jest ogromny a w żadnym korku nie stałem. Jakoś to wszystko funkcjonuje, natomiast nas głupiego skrzyżowania nie potrafią oddać, bo coś sfiksowało.
Nie, nie opowiem gdzie, co i jak konkretnie, bo to moja prywatna sprawa, która się skończyła i przyszło wracać do domu. I wiecie co... prawie bym przegapił granicę, bo autostradę mamy do Wrocławia. Jednak tuż po minięciu granicy zorientowałem się, że jestem na bank w domu. W radiu pan Kaczyński Jarosław mówił swe imię i nazwisko oraz nazwę partii: PiS. Na bilbordach zawisł jako premier, więc zdębiałem sądząc, że coś mnie ominęło. Nic mnie nie ominęło – to po prostu kampania ruszyła! Na kolejnym bilbordzie dostrzegłem Marka Wikińskiego (SLD), który wyszedł jak co najmniej wicepremier! Po kolejnych kilometrach w naszym środowisku bez wiatraków ktoś w radiu mnie naprostował, mówiąc, że przy drogach nie widzę żadnej kampanii a jedynie informacje! He He... Tak, wróciłem, a w Radomiu zbaraniałem widząc nadal obarierkowaną Malczewskiego! A to dopiero początek powrotu do rzeczywistości.
Bartek Olszewski

Tuż po minięciu granicy na Odrze (było to dwa tygodnie temu) człek/kierowca od razu widzi to, czego nie widzi. Nie widzi reklam, stosu niepotrzebnych neonów i światełek jakże rozpraszających kierownika kierownicy. Tam nie ma pięćdziesięciu znaków drogowych na jednym metrze kwadratowym. Są za to wiatraki przy drodze, górnolotnie nazywane przeze mnie „mercedesami”. Majestatycznie i pięknie kręcą się te gwiazdy pozyskując energię z wiejącej natury. Ja naturalnie dobrze zrobiłem pozyskując energię na ostatniej stacji benzynowej przed granicą. W Niemczech średnia cena litra bezołowiówki to 1.55 euro... Może zaboleć. Mówią, że niebawem dojdzie do 2 euro!
Zanim zjedziemy z najlepszej drogi świata, czyli niemieckiej autostrady, muszę jeszcze o czymś wspomnieć. Na parkingu tam, podczas tak zwanego dymka, Polacy mówili byleby tylko nie wyrzucać peta za okno na drodze, bo Niemiec zadzwoni na policję i doniesie numer rejestracyjny. Cóż, ja tego nie czynię, więc to nie mój problem, ale Polacy tak mówili, uprzedzając i radząc jak sobie poradzić by za wiele euro nie wydać.
Zjedźmy jednak poza autobahn. Hmmmm... równe drogi – to po pierwsze. Znowu brak reklam – to po drugie - i po trzecie u nas, w Polsce rowerzyści mają autostrady. Tam rowerzyści mają również wytyczone drogi, ale o szerokości trzeciej części naszych „autostrad przychodnikowych”. Za to rowerzystów jest więcej i mówią, że bicykli będzie przybywać, bo paliwo mają coraz droższe. Najlepsze jednak jest to, że ruch jest ogromny a w żadnym korku nie stałem. Jakoś to wszystko funkcjonuje, natomiast nas głupiego skrzyżowania nie potrafią oddać, bo coś sfiksowało.
Nie, nie opowiem gdzie, co i jak konkretnie, bo to moja prywatna sprawa, która się skończyła i przyszło wracać do domu. I wiecie co... prawie bym przegapił granicę, bo autostradę mamy do Wrocławia. Jednak tuż po minięciu granicy zorientowałem się, że jestem na bank w domu. W radiu pan Kaczyński Jarosław mówił swe imię i nazwisko oraz nazwę partii: PiS. Na bilbordach zawisł jako premier, więc zdębiałem sądząc, że coś mnie ominęło. Nic mnie nie ominęło – to po prostu kampania ruszyła! Na kolejnym bilbordzie dostrzegłem Marka Wikińskiego (SLD), który wyszedł jak co najmniej wicepremier! Po kolejnych kilometrach w naszym środowisku bez wiatraków ktoś w radiu mnie naprostował, mówiąc, że przy drogach nie widzę żadnej kampanii a jedynie informacje! He He... Tak, wróciłem, a w Radomiu zbaraniałem widząc nadal obarierkowaną Malczewskiego! A to dopiero początek powrotu do rzeczywistości.
Bartek Olszewski




