Sesja: bardzo zawile o lotnisku

Ale, że do podpisania umowy jest blisko było wiadomo już w miniony piątek, bo Jacek Kozłowski i Andrzej Kosztowniak wstępnie ustalili ten termin. Po co więc właściwie sesję zwoływano? Z jej przebiegu wynika, że głównie po to, by wieść dość skomplikowane debaty prawnicze i interpretować takie pojęcia jak "termin zawity" i "termin instrukcyjny".
Spór bowiem - przypomnijmy - poszedł właśnie o to, czy wojewoda opóźniał przekazanie terenów gminie i od jakiej daty trzeba liczyć 60 dni, w jakim to czasie - zgodnie ze stosowną ustawą - akt notarialny w tej sprawie powinien być podpisany. Radomski magistrat twierdził, że owe 60 dni upłynęły 23 lutego, urzędnicy wojewody, że kończy się on 19 marca. W ostatnich dniach spór wokół problemu zaognił się, ponieważ wojewodę na swoim blogu zaatakował senator Wojciech Skurkiewicz (PiS), a prezydent Kosztowniak udowadniał dziennikarzom, że racja jest po jego stronie.
Na dzisiejsze obrady przyjechał wojewoda Jacek Kozłowski, choć jak mówił w swoim wystąpieniu, bardziej czuł się wezwany na przesłuchanie niż zaproszony (za co przewodniczący rady Dariusz Wójcik go przepraszał, a ten przeprosiny przyjął). Przyszli też parlamentarzyści PO i PiS.
Najpierw swoje argumenty poparte wyświetlaną na ekranie korespondencją pomiędzy urzędami: wojewódzkim i miejskim przedstawiła dyrektorka wydziału zarządzania nieruchomościami UM Małgorzata Pracka. Potem wojewoda Kozłowski na podstawie tych samych dokumentów prezentował swoje stanowisko. Na wstępie jednak przekonywał: - Umowie nic nie zagraża, ustawa jest wykonywana zgodnie z jej duchem. Możecie być państwo spokojni, na nic nie jest za późno - zapewniał. Powtórzył przytaczane już wcześniej argumenty, że inaczej niż prezydent liczy 60 dni od wygaszenia trwałego zarządu MON nad terenami lotniskowymi, które mają jako darowizna trafić do gminy. Jego zdaniem, czas ten biegnie dopiero od 19 stycznia br., kiedy to Urząd Wojewódzki dowiedział się o decyzji prezydenta wygaszającej trwały zarząd MON.
Jacek Kozłowski zarzucił dyr. Prackiej nierzetelność i karygodne zaniedbanie, ponieważ to nie od niej dowiedział się o decyzji prezydenta. - Mówię to pani prosto w oczy - zwrócił się do szefowej wydziału. Powołał się na pismo z 4 stycznia br., w którym ponaglał radomski magistrat do "podjęcia czynności w przedmiocie stwierdzenia z urzędu wygaśnięcia trwałego zarządu". - To nie jest sprzedaż pietruszki, ani znaczka pocztowego - podkreślał Kozłowski. M. Pracka odpowiada: - Urząd Miejski nie poinformował wojewody, bo jest on stroną odwoławczą i ne mógł być stroną postępowania. Ustawa mówi, że prezydent wygasza zarząd z urzędu.
Najbardziej charakterystyczna wymiana poglądów dotyczy jednak specyficznej terminologii prawniczej. Wojewoda Kozłowski upiera się, że termin 60 dni zapisany w ustawie nie jest "terminem zawitym". - Co oznacza, że po jego upływie można zawrzeć umowę. Przecież mogłoby się tak stać, że pan prezydent zrezygnowałby z podpisania tego aktu notarialnego, albo np. nie obejmowałby on z jakichś powodów części tego terenu - tłumaczył wojewoda.
Prezydent Kosztowniak także wdał się w polemikę na temat terminów: zawitego i instrukcyjnego oraz tego, czy ich przekroczenie niesie sankcje, czy konsekwencje (a więc oddanie terenów wojsku). Zaznaczył jednak, że najbardziej obawia się tego, że dojdzie do nierespektowania zapisów ustawy. - Jestem ostatnią osobą, która chciałaby naruszenia i łamania prawa. Jestem spokojny, że możemy w czwartek siąść i zgodnie z prawem i jego poszanowaniem podpisać akt notarialny - powtórzył Jacek Kozłowski.
Przewidziane w porządku obrad przyjmowanie stanowiska okazało się bezcelowe. Nawet wystąpienia parlamentarzystów PO i PiS były spokojne i w pojednawczym tonie. Spośród radnych głos zabrało zaledwie kila osób. Ale raczej nikt ich już nie słuchał.
Bożena Dobrzyńska
Zobacz też: Lotnisko nam odlatuje? i Kłody pod nogi na lotnisku




