Szprendałowicz usłyszy wyrok za tydzień
Oskarżony został także przewodniczący komisji egzaminacyjnej i jednocześnie szef radomskiego oddziału PZŁ Wojciech Sz. - Wiedział on, że Szprendałowicz nie uczestniczył w egzaminie ze strzelania. Protokoły z polowań nie zawierają żadnych zapisków na ten temat. Etap szkolenia został pominięty – mówił dziś w sądzie prokurator, choć przyznał, że Szprendałowicz „bywał na szkoleniach”.
Wszystko się zgadza, tylko te telefony...
Z ustaleń lubelskiej prokuratury wynika, że 30 marca 2009 roku powołano 6-osobową komisję egzaminacyjną z przewodniczącym Wojciechem Sz. Już 1 kwietnia Piotr Szprendałowicz był po egzaminie. - Próbowaliśmy to zweryfikować: 1 kwietnia 2009 roku zdawał egzamin pisemny i tego samego dnia na własną prośbę zdał egzamin ustny z bardzo dobrym wynikiem. Oskarżony nie miał zaliczonego stażu, który miał się skończyć 16 kwietnia 2009 roku, ale PZŁ nie widział w tym problemu. Egzamin strzelecki odbył się 27 kwietnia na strzelnicy w Piastowie. Z dokumentów sporządzonych przez związek łowiecki wynika, że uczestniczył w nim Piotr Szprendałowicz. Komisja została podzielona na dwuosobowe zespoły i wpisano, że tego dnia Szprendałowicz zaliczył egzamin z doskonałymi wynikami. Wydawałoby się, że przebrnął przy niewielkiej przychylności członków zarządu PZŁ, gdyby nie analiza jego połączeń telefonicznych. Jak również informacji uzyskanych prawdopodobnie przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że nie uczestniczył w takim egzaminie. Analiza połączeń wykazała, że z telefonu oskarżonego wykonywano kilkadziesiąt połączeń z terenu Warszawy, w czasie gdy trwał egzamin w Piastowie – mówił prokurator. Dopuszczał możliwość, że z telefonu Szprendałowicza korzystał ktoś inny.
Członków komisji egzaminacyjnej przesłuchano. - Dziwna amnezja, nie pamiętali czy tego dnia zdawał, czy nie. Chociaż kojarzyli, że był taki zdający, wyróżniał się, był elegancko ubrany. Ostatni członek komisji zeznał, że Piotra Szprendałowicza nie było tego dnia, a doskonale zna Szprendałowicza. Co więcej, zeznał, że oskarżony Wojciech Sz. oświadczył mu, że na egzaminie nie ma Szprendałowicza, ponieważ odbył egzamin wcześniej. Komisja musi składać się z co najmniej pięciu członków komisji, a było ich najwyżej czterech - kontynuował prokurator.
Zdał, czy nie zdał?
Zdaniem prokuratury Szprendałowicz nie zdał egzaminu, a przewodniczący komisji Wojciech Sz. poświadczył nieprawdę mając świadomość, że egzaminu nie zdał. Łowczy tłumaczył, że są zdjęcia Szprendałowicza ze strzelnicy, są dowody, że oddawał jakieś strzały. Zdjęcia pochodzą sprzed 1 kwietnia 2009 roku. - Reasumując, stwierdzam, że istnieją bezsporne dowody, że Szprendałowicz nie zdał egzaminu ze strzelania. Nie można zdać egzaminu bez komisji – dowodził w mowie końcowej prokurator.
Zdaniem obrońcy Wojciecha Sz., prokurator „chciał udowodnić, coś, czego nie było”. - Wydaje się że mamy tutaj sytuację zamówienia politycznego realizowanego przez organy ścigania. Z dowodów prokuratury nie wynika nic dla aktu oskarżenia i oskarżonych. Oskarżony Szprendałowicz jest nadal członkiem PZŁ, ma zaświadczenie o zdanym egzaminie. Taki dokument nie został podważony. On istnieje - mówił obrońca Marek Stolarek. Zastanawiał się, jak to jest, że świadkowie oskarżenia, policjanci nie pamiętają jednego jedynego egzaminu i składu komisji, a oskarżony Wojciech Sz. ma pamiętać jeden z 8 tys. egzaminów, jakie przeprowadzał w swoim życiu? - W opinii prokuratury cała sytuacja zaistniała chyba po to, by pan Wojciech Sz. miał sobie zaszkodzić, bo zarabia dobrze (4 tys. zł netto) i żeby zaszkodził innej szanowanej osobie na szanowanym, eksponowanym stanowisku... Bo innego wytłumaczenia nie ma. Nie ma ani celu osobistego, ani finansowego w tej sprawie – zapewniał mecenas Stolarek wnosząc o uniewinnienie Wojciecha Sz.
Obrońca zaszczycony
Borysław Szlanta, obrońca Piotra Szprendałowicza, podkreślił, że jest zaszczycony broniąc go, bo broni "człowieka niewinnego". I już na wstępie złożył wniosek o uniewinnienie i zasądzenie od skarbu państwa kosztów procesu. - W tej sprawie na pierwszy rzut oka widać, że nie mamy do czynienia z przestępstwem - przekonywał mecenas Szlanta. Przypomniał, że w maju 2010 roku Piotr Szprendałowicz był kandydatem do fotela prezydenta Radomia. - W trakcie kampanii do opinii publicznej dochodzi informacja, że Szprendałowicz to jest jakiś podejrzany człowiek, bo "ma jakąś sprawę w prokuraturze". Na skutek tej sprawy Szprendałowicz jest przez trzy lata wyeliminowany z życia publicznego! Jest obchodzony szerokim łukiem przez ludzi. Wyrządzono mu niezwykłą, niewiarygodną szkodę! - twierdził Borysław Szlanta. Zaznaczył, że prokurator nie postawił zarzutów wszystkim członkom komisji. - Jeden ze świadków - zastępca komendanta wojewódzkiego policji Witold O. - oddelegowany do komisji egzaminacyjnej nadzorował rzetelność przeprowadzania egzaminów. Przed sądem powiedział, że pamięta egzamin pisemny, bo Szprendałowicz zdał go wzorowo. Takie dowody są w sprawie, osoby, która nie zasłaniała się niepamięcią. Świadek mówił o indywidualnych terminach zdawania egzaminów. To kapitalne zeznanie. Szprendałowicz nie może odpowiadać za sposób zorganizowania egzaminu. Egzamin strzelecki jest najłatwiejszą częścią egzaminu. Po co Szprendałowicz miałbynaciskać, uzależniać się od kogoś? Po co? – pytał mecenas. Podkreślił, że 21 lipca Szprendałowicz złożył zaświadczenie o odbytym egzaminie na policji ubiegając się o pozwolenie na broń. - Mój klient był przekonany, wiedział, że taki egzamin zdał, a dokument został dostarczony z PZŁ – zakończył mowę adwokat.
Oskarżeni zabierają głos
Z możliwości zabrania głosu skorzystali także oskarżeni. - Autorzy donosu osiągnęli cel - wyborów nie wygrałem. Bezpodstawne zarzuty uderzyły we mnie i moją rodzinę. Nikogo nie skrzywdziłem, nie korumpowałem. Staż, szkolenie i egzamin odbyłem prawidłowo. Przestrzegam prawa i norm moralnych. Czuję się pokrzywdzony przez działania innych osób – mówił Piotr Szprendałowicz.
Pod wrażeniem kary proponowanej przez prokuratora, czego nie ukrywał, był Wojciech Sz. - Egzaminy na moje ręce składali senatorowie, posłowie, ministrowie, wiceministrowie i wszyscy ten egzamin zdawać musieli. Również pan Szprendałowicz. Nie było mojej złej woli, ani przypuszczenia, że praktyki mogą się mieścić w złych obyczajach. Piotr Szprendałowicz nie był traktowany wyjątkowo. Przekładanie egzaminów na inny termin z różnych względów zdarzało się nie tylko w tym jednym wypadku, co wyjaśnialiśmy niejednokrotnie. Dowiaduję się, że Szprendałowicz zdał dobrze egzamin, a ja jestem podejrzany! Proszę o oczyszczenie z zarzutów – apelował Wojciech Sz.
To nie jest polityczne zamówienie
Prokurator zaprzeczył, że oskarżenie Szprendałowicza odbylo się "na polityczne zamówienie". - Zwracam uwagę, że obrona zapomniała o zasadzie legalizmu. Materiał dowodowy i przepisy prawa decydują czy jest prowadzone postępowanie czy nie. Prokuratura stwierdziła, że pan Szprendałowicz zdał dwie części egzaminu. Nie zdał tylko trzeciej - strzelania - dla odpowiedzialności karnej nie miało to żadnego znaczenia. Postępowanie było prowadzone 200 kilometrów od Radomia, by nie było żadnych zastrzeżeń. Ja pana Szprendałowicza wcześniej nie widziałem i o nim nie słyszałem - zapewniał prokurator dodając, że na kresach wschodnich Szprendałowicz nie jest tak znany jak w Radomiu. - Ja nie kierowałem się żadną polityką, ani kalendarzem wyborczym. Prokuratura nie ma wpływu na wybory, to po wyborach zostały przedstawione zarzuty. Dodał, że choć związek łowiecki ma charakter stowarzyszenia hobbystów, to jednak ma też dostęp do broni palnej. - Egzaminy powinny być rygorystyczne, by strzelający trafiał w cel - tłumaczył.
Wyrok sąd wyda 5 marca.
Bartek Olszewski




