„Eeerrrr Szole” wróć!!!

29 sierpnia 2011
Po co się skończyłeś? Było tak fajnie! Poniedziałkowy ranek przyniósł powrót do rzeczywistości: zobaczyłem posła Marka Suskiego (PiS) na autobusie, tam gdzie był przyklejony Andrzej Kosztowniak, gdy też kandydował. A przez ostatnie dwa dni było tak odlotowo...

 

Było pieknie i blisko! Wszystko co dobre musi się... No właśnie, musi się skończyć?! Jeszcze żyję tymi maszynami. Mój cichy faworyt, który stał, nie latał, za to jest biblijny i nazywa się Eurofighter powitał mnie pierwszego dnia tuż po ósmej rano. Moc bojowa tego nowego myśliwca z miejsca gasi pragnienie do nieprzemyślanych wojenek czy harców nielicznych (na szczęście) dyktatorów. Jego moc obliczeniowa i zasób komputerów utrzymujących załogę przy życiu tam wysoko zawstydziłaby nie jeden urząd przetwarzania danych. Na jego skrzydle możesz postawić kilkanaście samochodów jeden na drugim a Eurofighter będzie się śmiać i twierdzić, że udźwignie więcej. Odsyłam do fachowych licznych opisów tej maszyny. Delikatnie żałuję, że nie poleciał w pokazie, bym struchlał i na kolanach go pozdrowił.

Za to widziałem młodego i uzdolnionego Jakuba Kowalskiego przy radomskiej wodzie, gdzie niedawno znalazł pracę. To było miłe powitanie pana radnego z gryzipiórkiem na tle namiotu Wodociągów Miejskich. Już po kilku chwilach zaradny radny pognał do strefy VIP, gdzie wodę też dawali, nawet za darmo. Przy balonie „Siła w precyzji”, czyli naszym radomskim balonie, nikt precyzyjnie nie potrafił mi powiedzieć gdzie jest sektor dla dziennikarzy. Po dłuższej chwili w końcu tam dotarłem, by się dowiedzieć, że nie podłączono nam prądu. Dopiero po interwencjach na najwyższym (prawie generalskim) szczeblu dostaliśmy kabel z rozgałęźnikiem na... cztery gniazdka. 

Wybaczcie, ale barwne są chwile z naszej kuchni, nad którą grom za gromem, gromił a ja z prostą lustrzanką "cpykałem" i "cpykałem" i jeszcze raz "cpykałem". Aż plecy bolą od takiego fotografowania. Inni też zdjęcia robili. Mieli moim zdaniem harówę – bo jak nazwać machanie obiektywem  ważącym ponad 4 kg? Machali przez całe dwa dni stojąc na stołku, by w ten sposób zbliżyć się jeszcze bardziej do obiektu na niebie!

Słońce dało swój dodatkowy, darmowy show. W sobotę wieczorem, po całym dniu „cpykania" fotek wyglądałem jak burak. Wielu poprzez swoje Ph korzystało z promieni okraszonych zapachem kiełbasek, szaszłyków, jasnego pełnego z bąbelkami i gromów docierających z samolotów. Ja, prosty mechanik pecha nie miałem. Ja miałem szczęście: Bóg istnieje - w sobotę dał nam na osłodę wiatr zabierając pokaz spadochroniarzy. Coś za coś, najważniejsze, że nikt nie dostał udaru, co zresztą podsumowały służby medyczne na lotnisku. A ludzi było sporo, oj sporo. Pod koniec dwóch dni wojsko podało, że zbliżamy się do zapowiadanych 200 tys odwiedzających, czyli 8 mln zł,. jakie wpadnie z samych biletów.

Często jadąc do domu mijam pomnik postawiony blisko tragedii jaką pamiętamy sprzed dwóch lat. Białoruski Su-27 rozbił się, zginęło dwóch pilotów. Wszystko widziałem, to rozegrało się jakieś 800 metrów od mojego dachu. Słyszałem i słyszę po dziś – sąsiedzi mówią: „przelecieli dwa metry nad nami, gdyby się katapultowali to samolot runąłby w nasze domy, blisko było bardzo! Oni wyprowadzili maszynę, by nie uderzyła w nas.” Przy pomniku zawsze są kwiaty, lampki. Nie ukrywam, z „tyłu głowy” podczas tegorocznego Air Show coś mi szeptało „nie chcę kolejnego pomnika”. Nie chcę znowu widzieć jak boczna, utwardzona dróżka obok domu zamienia się w autostradę, bo ludzie po katastrofie Su chcieli zobaczyć resztki z bliska, zapominając o swoim bezpieczeństwie i o tym, że powinno się ustąpić służbom medycznym. Widziałem to wszystko dwa lata temu i byłem delikatnie mówiąc oburzony.

W niedzielę nie było spieku i słońca. Byli za to spadochroniarze – ładnie wylądowali z flagami wielu państw. Nie było też kilku innych ciekawych maszyn – trudno, wszystkiego naraz nie można mieć, chociaż jeden Apache z bratnich NATO-wskich sił mógłby przyfrunąć...

Za to mieliśmy w jednej beczce dyskotekę. Muzykę miksował tuż przy wejściu na pokład ogromnego transportowca przystojny didżej/lotnik. Kto stał bliżej pasa startowego czuł ciepło silników i pozdrowienia pilotów. Ci z góry widzieli nasze miasto. Sam nie jeździłem drogami miasta, czyniła to moja żona, która jak sama twierdzi „mistrzem kierownicy nie jest”, a ja to potwierdzam. W niedzielę ok.  godz. 15 przejechała przez Radom bez problemu, twierdząc, że „policja kierowała ruchem i nigdzie w korku nie stała, jechało się dobrze”. Rozmawiając z ludźmi na lotnisku również nie słyszałem głosu gromiącego organizację. Czy to na drogach, parkingach, czy na płycie lotniska lub przy kasach. Ani jednego ustnego gromu, nawet dotyczącego komunikacji miejskiej! Czyżby nastała nam „lepsza kontynuacja”? Oby, ale nie zapeszajmy. Powiem więcej: jeśli ktoś zna sposób, by zakrzywić nieco czas i przenieść się do Air Show 2013 to proszę o kontakt! Tym sposobem sprytnie oszczędzimy sobie niektóre widoki rzeczywistości, które pojawiły się w mieście w poniedziałkowy ranek.

Bartek Olszewski

Reklama